O mnie

Moje zdjęcie
Staram się żyć tak, jakby ten dzień miał być moim ostatnim i kochać tak, jakby od tego zależało szczęście każdego człowieka.

sobota, 26 maja 2012

400

     Czas można odmierzać w przeróżny sposób, różnych chronometrów do tego używać, lecz jest wyjątkowe odmierzanie - liczenie uderzeń serca...
Ileż, w ciągu czterystu lat życia na polskiej ziemi, było uderzeń serca kobiet zatroskanych o losy tej ziemi, o zbawienie tysięcy dusz.
     W 1612 roku do Krakowa przybyły karmelitanki z Belgii - spodziewały się zastać dostatek, przygotowany klasztor, a nie miały gdzie zamieszkać, bo ktoś czegoś nie dopilnował, nie dopełnił. Nie wycofały się, bo wiedziały, że każda fundacja musi być okupiona cierpieniem, jak uczyła ich tego Teresa od Jezusa, niestrudzona Matka i Fundatorka.
     Były dole i niedole, zarazy, wojny, kasaty, okupacja, a one trwały w ciszy modlitwy, w wyśpiewywaniu  chwały Zbawiciela, zwracając się do Niego tak poufale: "Ukochany...". Wszystko zaś dla świata i każdego człowieka, za kapłanów i teologów, o wypełnienie woli Bożej tu i w wieczności.
     Towarzyszyła im - i nadal jest blisko - Matka Najmilsza, Przyjaciółka i Siostra.
     Jakie to niezwykłe móc należeć do ich grona, tworzyć historię Karmelu bez żadnej własnej zasługi.
     Dlatego dziś jestem przede wszystkim Wdzięcznością...

sobota, 12 maja 2012

Marzenia

     Mój przyjaciel, który jest autorem powyższego zdjęcia, w odpowiedzi na moje zdumione spojrzenie, odparł, że nie byłoby niczego niezwykłego w fotce Zamku Królewskiego, gdyby nie te różnokolorowe balony... Często przypomina mi się to zdanie, zwłaszcza gdy rozmyślam nad niezwykłością mojego życia i pomysłowością Tego, który czyni je tak niepowtarzalnym. 
     Marzenia są jak te balony - bez nich życie też może istnieć, też może być piękne, monumentalne, dobre, lecz... bez tej odrobiny szaleństwa, które je urozmaica, czyni niepowtarzalnym, wpisując w odwieczny plan Stwórcy, który każdego z nas czyni innym, każdemu ofiarowuje różnorodność życiowej drogi. Owszem, tak jak potrzeba czasem swoistej odwagi szaleństwa, by kupić kolorowy balon, który nie posłuży niczemu konkretnemu, a po prostu rozweseli, czy uświąteczni dzień, tak marzenia, o ile się na nie zdobędę, ukolorowią mi codzienność. Jeśli zaś odważę się podzielić nimi z Jezusem, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że się spełnią i... moja radość będzie pełna.
     Kto jak kto, ale chrześcijanie zostali powołani do radości. Ma ona swe źródło w trwaniu w Bożej miłości. Myślę, że zdarza się zapominać, iż to nic innego, jak pozwolić się Bogu kochać; uwierzyć wolą, sercem, że On niczego bardziej nie pragnie, jak właśnie obdarowywać nas poczuciem ukochania. Co jakiś czas mój Bóg obdarowuje mnie wielobarwnym balonem spełnionego marzenia. A ja się cieszę. Jak dziecko:)

czwartek, 10 maja 2012

Matura

     Przestałam już liczyć lata, które upłynęły od mojej matury, szumnie zwanej "egzaminem dojrzałości". O ile pamiętam, nie traktowałam jej w ten sposób. Była jakąś naturalną konsekwencją licealnej edukacji i wstępem do o wiele trudniejszych egzaminów: tych na studia i w ich trakcie.
     Po maturze nie poczułam się bardziej dorosła. Nie była znaczącą cezurą. Moje liczne "egzaminy dojrzałości" zdawałam o wiele później i ... nadal je zdaję. Każdy rok, miesiąc, a nawet dzień, niesie ze sobą sytuacje, w których staję przed wyborami, wymagającymi niekiedy odwagi, zderzenia własnych sądów ze zdaniem innych, obrony tego, co dla mnie ważne. Sytuacje trudne pozwalają mi na wzrost, choć nigdy bez bólu. 
Pamiętam, że śp. s. Immakulata Adamska powtarzała często, iż kryzysy w życiu człowieka są jak "kolanka wzrostu" w roślinie. Powiedzenie to sprawdziłam na sobie, więc... polecam.
     Czasem życiową "maturą" jest dla mnie spotkanie z drugim człowiekiem, wejście w relację z nim, tak na serio, a nie jedynie powierzchownie. 
Nie tak dawno miałam sposobność swego rodzaju poznania na nowo jednego z moich krewnych i jego rodziny. Znać się tylko z dzieciństwa to stanowczo za mało, zaś budowanie więzi rodzinnej na prawach osób dorosłych to piękno uczące delikatności, szacunku i umiejętności czerpania z różnorodności, niekiedy bardzo znaczącej. Cieszę się bardzo tym, czego mogłam doświadczyć, co otrzymałam z ich strony. Cieszę się nadzieją na przyszłość. 
     Egzaminy muszą być trudne, by motywować do przekraczania siebie i by dawać satysfakcję, że coś już za mną, jakieś dokonanie, ale - dopóki żyję tu i teraz - sporo jeszcze przede mną: szczytów do zdobycia, krain do poznania i dusz do pokochania.

niedziela, 15 kwietnia 2012

Nadzieja

     Opasłe tomy teologii i napisany najprostszą polszczyzną "Dzienniczek"...
     Rozliczne katalogi modlitw i jednozdaniowa powtarzalność Koronki...
     Zawsze chodzi o Miłość - gdy miłosierny Ojciec wychodzi na spotkanie zagubionego syna, lecz i wtedy, gdy Samarytanin pochyla się nad wycieńczonym, poranionym nieznajomym, który nawet nie ma siły, by prosić o pomoc.
     Gdy Bóg dotyka ludzkiego serca, uskrzydla do wielkich rzeczy i maleńkich zwycięstw szaro-codziennych.
     Gdy Pan Zmartwychwstały dotyka człowieczego ciała, unaocznia piękno, nadając wartość najbardziej zniszczonemu.
     A jednak pozwolisz się dotknąć jedynie temu, komu ufasz, czyż nie? Ufasz więc na tyle Jezusowi, by pozwolić Mu się dotknąć? Tak namacalnie? Twego serca i ciała? Twojej duszy i myśli? Ufasz Mu? Pozwolisz?
     Chciałabym znaleźć się w Jego objęciach z całą historią życia, strachem oraz radością i wyszeptać wprost w przebite Serce: Jezu, ufam Tobie...

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Oddech

     W pewnej homilii usłyszałam zdanie, że w życiu musimy odbyć tylko jedną pielgrzymkę - do własnego serca... Nigdzie indziej nie odnajdziemy Boga; nigdzie indziej ja Go nie odnajdę i nie odnajduję...
     Własne serce... Ono potrzebuje świeżości, zachwytu, pochylenia nad nowym pięknem; takim, które wnosi powiew Ducha w codzienność.
     Dlatego dla mnie Zmartwychwstanie jest corocznym Świętem Życia. Pozwala mi nie tylko na wewnętrzne odrodzenie, owo zaczerpnięcie nowego oddechu, pozostawienie zgnilizny marazmu przyzwyczajeń, ale też wprowadza w przestrzeń lekkości bytu, która nie jest "nieznośna", ale właśnie upragniona. Jezus pokazuje mi sens istnienia w ciele, tym tu i tym, na które mam nadzieję po moim zmartwychwstaniu. Stąd radość, a właściwie Radość, przenikająca każdą komórkę skóry i każdy zakamarek duszy. 
Stąd "rozwiośnienie" myśli. 
Stąd modlitwa szybująca w przestworza miłości hymnicznym rytmem. 
Stąd wdzięczność za dar istnienia, za Życie, którego jestem miłośniczką. 
I zdarza mi się usłyszeć, jak Zmartwychwstały Jezus wypowiada moje imię...

niedziela, 25 marca 2012

Obumieranie

    Tracenie życia nie jest czymś przyjemnym, a przecież dzisiejsza Ewangelia wzywa do czegoś więcej niż tylko rezygnacji, porzucenia. To raczej obietnica wiecznego istnienia w tym, co dla naszej duszy jest wytęsknioną Nadzieją.
    Jakże żyzną była gleba Krzyża, na której ziarno Wcielonego Słowa wydało plon pomnażający się przez pokolenia w duszach otoczonych łaską. Jezus oddaje swoje życie, dając je jednocześnie wciąż na nowo. Ziarno Jezusowego Życia, wydanego temu światu, prowadzi poza czas, poza tę ziemię, poza ograniczoność ludzkich spojrzeń i zamierzeń. Całkowita Ofiara staje się całkowitym Darem, aby pokazać realność życiodajnej Miłości.
    Gleba mojego serca... Jaka jest? Padające na nią ziarno Słowa w pewien sposób też musi "obumrzeć", tzn. zamienić się z dźwięku w czyn, z wibracji powietrza w gest, z litery w moje codzienne wybory. Wówczas wydaje plon, gdy każdą minutę przenika rytm Jezusowego Serca; gdy moje myśli zespalam z Jego wolą w wolności oddawania swojego życia Jego planom.
    Obumieranie nie jest przyjemne, ale to, co z niego wypływa, wzrost i rozkwit, jest sensem.
A Ojciec patrzy z czułością i mówi: "Żyj, rośnij"...

poniedziałek, 19 marca 2012

Mężczyzna

                                                                                               (fot. Szymon Hypki)

     Słuchając od rana przepięknej pieśni o św. Józefie, w dniu Jemu poświęconym, zaczęłam zbierać swoje myśli i obserwacje na temat powyższy, nadmieniony w nagłówku.
Ileż już napisano o tym Świętym! Ja lubię spoglądać na niego z kobiecej perspektywy i nieco Go "odbrązawiać".
Prawdziwy mężczyzna, któremu nie były obce wątpliwości, lęk i walka o samego siebie, w prawdzie przekonań i wartości. Jakimż oparciem był dla Ukochanej - myślę, że Maryja mogła schować się w cieple Jego milczenia, wiedząc (i widząc) jakim pięknem i odpowiedzialnością płonie serce tego człowieka, z którym miała iść przez życie. Siła Józefa wypływała pewnie i z wiary, i z dojrzałości serca, które życie brało takim, jakie jest.
Mężczyzna zazwyczaj sprawdza się i rozwija w podejmowaniu zadań, czynów, które są wyzwaniem, zdając się przerastać jego możliwości. Józef potrafił słuchać Boga, a zatem pewnie potrafił słuchać i ludzi.
Dobrze kobiecie przestawać z mężczyzną, który potrafi słuchać całym sobą, skorygować to, co zbyt emocjonalne i zachwycić kobietę rozsądnym spojrzeniem na fakty. Bezpiecznie oprzeć się na przyjaźni mężczyzny, który spojrzeniem wyrazi zachwyt i akceptację, a gestem doda sił, wlewając nadzieję na możliwość zdobycia nowych życiowych szczytów.
Odwaga Józefa była wyzwaniem rzuconym złym spojrzeniom i podstępnym wargom. Niech towarzyszy mężczyznom naszego czasu. Dziękuję Panu Bogu za tych, których dane mi było poznać, z którymi mogę pielgrzymować drogą powołania i przyjaźni; za tych, którzy pokazują mi Wszechpotężną Miłość.